środa, 5 stycznia 2022

55. O zmianach klimatu i ufoludkach cz. 1

   Nie chcem, ale muszem... pamiętacie to? A ja trochę odwrotnie, musiałem, ale i chciałem... jechać do Polski na, powiedzmy, urlop. Byłem podekscytowany, trochę zdenerwowany, ale nie wnerwiony, pełen nadziei, dokładnie to nie wiadomo na co i raczej szczęśliwy. Oprócz ważnego wydarzenia, które czekało na mnie w ojczyźnie (czy może raczej to ja czekałem na to wydarzenie), byłem również zadowolony tak po prostu, że wreszcie po długim okresie utrudnień w podróżowaniu spowodowanym pandemią (czy może raczej walką z pandemią) sam osobiście zobaczę, usłyszę i poczuję, co tam słychać, widać i czuć w moim pięknym kraju...
  ...Już kiedyś pisałem jak przebiegała moja podróż z Anglii do Polski, więc nie chciałbym się powtarzać. Przy wylocie z UK z pewnego lotniska ciągle czekamy na wyjście do samolotu w hermetycznym pomieszczeniu robiącym za poczekalnie. Tak przy okazji - w angielskiej komunikacji publicznej (też o tym kiedyś pisałem) uznano, że w celu zmniejszenia ryzyka zarażeniem się koronawirusem, wszystkie okna w autobusie powinny być uchylone, nawet gdy na zewnątrz pieruńsko zimno i pada deszcz - dlaczego tej zasady nie stosują w zatłoczonej, końcowej poczekalni samolotowej?
   Lot przebiegł, a w zasadzie - przeleciał, spokojnie. Po wylądowaniu już trochę poczułem się mniej pewnie, bo nigdy, a w zasadzie ostatnio, nie wiadomo, czy wszystkie dokumenty i zaświadczenia mam i czy wszystkie one są w porządku, żeby móc przekroczyć granicę. Co prawda w Anglii sprawdzano moje wymagane papiery, ale jak wiadomo polskie służby są bardziej dokładne w tych sprawach. Na szczęście obyło się bez większych komplikacji, wzięto mnie tylko na bok i zapytano, ile mam gotówki przy sobie. Odpowiedziałem kulturalnie, że nie wiem. Sprecyzowano pytanie - chodziło o to, czy nie mam więcej niż dziesięć tysięcy euro. Patrząc na moją postać, wszystko można o mnie powiedzieć, tylko nie to, że mam w kieszeni taką kwotę (chociaż nigdy nic nie wiadomo - ostatnio mówiono w telewizorze, że jakiś ratownik medyczny wziął ze sobą do pracy i zgubił saszetkę, a w niej ponad sto tysięcy zł - zguba się potem na szczęście znalazła). Po przekroczeniu tej ostatniej bariery odetchnąłem z ulgą - nie, żebym miał powody do wstrzymywania oddechu. Raźnym krokiem ruszyłem do automatu biletowego, żeby nabyć specjalne bilety na łączoną podróż, najpierw autobusem potem pociągiem, do domu. Dodam, że rzecz działa się w Modlinie na lotnisku Warszawa-Modlin. Zadowolony, ściskając w ręku bilet, ruszyłem na przystanek, żeby wsiąść do autobusu byle jakiego, bo i tak kursował tylko jeden, i dostać się do stacji pociągowej - dawniej bym napisał "do stacji PKP", ale dzisiaj różni przewoźnicy funkcjonują na torach (rynku). Napisałem, że kursował tylko jeden autobus i nie chodzi tutaj o jedną linię autobusową, tylko dosłownie o jedną sztukę autobusu.
   Po dotarciu na przystanek oczom mym ukazał się obrazek, który nie wypełnił mnie optymizmem. Oto autobus napakowany jak Pudzian, a jeszcze mały tłumek, przepraszam za oksymoron, czekający przed drzwiami na nie wiadomo co i na kierowcę. Na niektórych obliczach potencjalnych pasażerów malowała się złość, niedowierzanie, nadzieja lub wszystko to naraz (tak jak u mnie), czyli stan, który można opisać jako głupi wyraz twarzy.
   Po dłuższej chwili (chyba znowu oksymoron) pojawili się kierowca i konduktor (lub kontroler, lub sprzedawca biletów - nie wiem, jaką dokładnie funkcję sprawował ten pan) i zarządził odjazd. Zapytałem się kulturalnie: "A my?", wskazując na pozostałych na chodniku niedoszłych uczestników podróży. Pan konduktor odpowiedział, też kulturalnie, że zabierzemy się następnym autobusem. "A kiedy będzie następny?" - pytanie spodziewane i nieuniknione w takich okolicznościach. "Za pięćdziesiąt minut" - padła nie do końca spodziewana odpowiedź (tzn. odpowiedź spodziewana, niespodziewana treść odpowiedzi). A za pięćdziesiąt minut być może znowu wylądują dwa samoloty.
   W tym momencie muszę doprecyzować opis sytuacji. W owym czasie wylądowały właśnie dwa samoloty. Nawet zakładając, że po część przyjezdnych (przylotnych) przyjedzie ktoś własnym transportem, to i tak nie potrzeba mieć wyjątkowo wykształconego zmysłu geometrii przestrzennej lub być biegłym w matematyce (poziom szkoły podstawowej w zupełności wystarczy), żeby przewidzieć, że jeden autobus to za mało. Autobus, który nie był przegubowy ani tym bardziej piętrowy. Dodatkowo przednia część, ta przy kierowcy, była oddzielona taśmą, chociaż w tym okresie nie obowiązywał dystans covidowy - w czym można było się utwierdzić, naocznie, (a szczęśliwcy znajdujący się już wewnątrz pojazdu nawet namacalnie) patrząc na pozostałą część pojazdu i ludzi upchanych jak ogórki w słoiku. Jeden autobus! A co, jeśli złapie kapcia, albo zgubi jakąś potrzebną śrubkę, co patrząc na ogólny wygląd, wydawało się bardzo prawdopodobne? Wtedy połączenie, to lądowe, lotniska ze światem zostanie zerwane.
   Koniec końców, trochę prośbą, trochę groźbą (bardziej to drugie) zdołaliśmy przekonać pana konduktora, żeby umieścić walizki w odgrodzonym obszarze, dzięki czemu, na wydechu (nie mylić z rurą wydechową), po wciągnięciu brzuchów, zdołało się upchnąć trochę więcej osób, między innymi mnie z rodziną.
   Potem, już będąc w pociągu, doświadczyłem pierwszego ocieplenia klimatu. Poprzednim razem, kiedy odwiedziłem Polskę, pisałem o upale w pociągach, sklepach i innych obiektach użyteczności publicznej. Teraz odniosłem wrażenie, że jest jeszcze bardziej upalnie - ogrzewanie na maksa. Pomyślałem o otwartych oknach w komunikacji w UK i nasunęła mi się myśl, jak bardzo różnie uczeni są uczeni na świecie - tam przeciągi i deszcz za kołnierzem, tutaj okna szczelnie pozamykane i pot na całym ciele.
   Pod tym względem klimat naprawdę się ocieplił. 
   
   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz